czwartek, 12 lutego 2015

Rozdział 7 "Leo już dobrze"

Rozdział dedykuję Tolce. Dziękuje za komentarze ;)
"Nic nie boli tak mocno jak utrata ukochanej osoby"
*Leo
Siedziałem w samochodzie na parkingu. Musiałem to wszystko przemyśleć. Do jakich wniosków doszedłem? Do takich, że jestem idiotą. Przecież Lisa nawet nie była by w stanie zrobić mi czegoś takiego, a ja zamiast jej wysłuchać to wziąłem klucze i odjechałem. Mało tego to jeszcze na nią nakrzyczałem i wypowiedziałem słowa, których teraz bardzo żałuje. Czasu już nie cofnę, nawet jeśli bardzo bym chciał. Co ja mam teraz zrobić? Po chwili namysłu ruszyłem w stronę domu. Po drodze kupiłem bukiet czerwonych róż. Lisa je uwielbia. Minęło około 15 lub 20 minut od kiedy nie ma mnie w domu. Przystanąłem na chwilę przed drzwiami, wziąłem głęboki oddech i wszedłem do środka. Panowała cisza trochę ponura. Zmierzałem właśnie w kierunku kuchni, a na podłodze dostrzegłem nieprzytomną Lisę. Koło niej była kałuża krwi i nóż. Spojrzałem na jej rękę i już wiedziałem co zrobiła. Momentalnie wyrzuciłem gdzieś w kąt kwiaty, a sam podbiegłem do Lisy. Sprawdziłem tętno, na szczęście wyczuwalne. Zadzwoniłem na pogotowie i przyjechali po paru chwilach. Szybko zanieśli ją do karetki, ja natomiast ruszyłem za nimi samochodem. Po drodze zadzwoniłem do Gerarda i Shaki. Oni zadeklarowali, że zaraz też będą w szpitalu. Dojechałem na miejsce o wiele później niż karetka. Wbiegłem do budynku i od razu udałem się do recepcji krzycząc.
-Przepraszam bardzo, gdzie jest Lisa Miler? Nie dawno tu została przywieziona.
-Tak zgadza się, jest w pokoju 34-odpowiedziała mi zdziwiona recepcjonistka. 
Pobiegłem jak najszybciej w stronę sali numer 34. Wpadłem na jedną z pielęgniarek, która powiedziała.
-Pan do pani Lisy Miler?
-Tak.
-Teraz robione są jej badania. Udało nam się zatamować krwotok. Ranę trzeba było zszyć, bo była dość duża. Jest przytomna, ale musi odpoczywać.
-Kiedy będę mógł do niej wejść.
-Pani Miler straciła na prawdę dużo krwi i jest bardzo słaba. Po badaniach powinna odpoczywać, ale jeśli to konieczne to będzie pan mógł ją na chwilę odwiedzić.
-Dziękuje-odpowiedziałem po czym opadłem na krzesło.
Schowałem twarz w dłoniach. Nie wiem ile tak siedziałem, ale poczułem klepnięcie w ramię. Podniosłem głowę i ujrzałem Gerarda z Shakirą.
-Co z nią?-zapytała Kolumbijka.
-Straciła bardzo dużo krwi. Teraz ma badania. Po nich musi odpoczywać, więc będę mógł do niej wejść tylko na chwilę. Boże jestem idiotą. To wszystko przeze mnie.
-Leo teraz o tym nie myśl. Najważniejsza jest Lisa-krzyknął Pique.
Po jego słowach podszedł do nas lekarz. 
-Pan Messi może wejść na salę, resztę proszę o cierpliwość.
Pokiwałem do przyjaciół i udałem się do sali, gdzie znajduje się Lisa. Wszedłem do środka. Siedziała na łóżku z przyciągniętymi nogami do klatki piersiowej i  pierwsze co rzuciło mi się w oczy to bandaż na jej prawej ręce. Usiadłem obok niej i przez chwilę panowała krępująca cisza. Postanowiłem się odezwać pierwszy.
-Lisa przepraszam. Powinienem wierzyć tobie. Byłem wściekły i nie wiedziałem co robić. Gdybym nie wyszedł wszystko było by dobrze. 
-Leo proszę cię, miałeś prawo być wściekły.
-Ale to co zrobiłem...
-Leo już dobrze.
Po tych słowach przytuliłem ją najmocniej jak potrafiłem i wyszeptałem.
-Nie rób tak więcej. Bez ciebie nie poradziłbym sobie.
Lisa tylko odwzajemniła uścisk i starła pojedynczą łzę z mojego policzka. Tak bardzo się o nią martwiłem, że nawet nie wiem nic o moich łzach. Czy łzy są oznaką słabości? Zawsze uważałem, że mężczyźni nie płaczą. Jednak piłka nożna i miłość obaliły ten mit. Jest coś takiego jak gorzkie łzy porażki, nieodwzajemnionej miłości czy nawet strach o bliską ci osobę. Tuliliśmy się do siebie, kiedy do sali nie spodziewanie weszli nasi przyjaciele. Lisa ucieszyła się na ich widok. Rozmawialiśmy i wygłupialiśmy się tak chyba przez dwie godziny. Nagle pojawił się lekarz Lisy i powiedział.
-Wyniki badań są dobre, chociaż straciła pani dużo krwi to i tak jest pani w jak najlepszej formie. Wypis jest przewidziany na dzień jutrzejszy.
-To znaczy, że jutro mogę ją stąd zabrać?-zapytałem.
-Tak panie Messi. 
Lekarz i państwo Pique wyszli, a ja zostałem jeszcze przy Lisie.
-Leo jest już późno jedź do domu i odpocznij.
-Ale Lisa ja cię tu nie zostawię.
-Leo proszę cię. Nic mi się nie stanie, a po za tym jutro już będziesz mnie mógł odebrać.
-No dobrze-pocałowałem ją jeszcze na pożegnanie i wyszedłem z sali.
Do głowy wpadł mi pewien pomysł. W sumie planowałem to już od dawna, ale jakoś nie było na to czasu. W schowku w samochodzie mam pierścionek zaręczynowy. Lisa jutro wychodzi ze szpitala, więc wezmę ją na romantyczną kolację i się jej oświadczę. Jestem pewny, że to właśnie z tą kobietą chcę spędzić resztę życia. Dojechałem do domu i pierwsze co zrobiłem to zacząłem wszystko planować. Jednak moją głowę zaprzątała także inna sprawa. Ronaldo. Mam ochotę go zabić. Jakbym go teraz spotkał to nie ręczę za siebie. Z tymi myślami zasnąłem. 
  • Ok jest już ostatni rozdział, więc pozostał tylko epilog. Miałam ogromny mętlik w głowie jak zakończyć tą całą sytuację. Chciałam nawet w pewnym momencie uśmiercić główną bohaterkę (Lisę), jednak to by nie miało sensu. Później myślałam nad różnymi konfrontacjami między Leo, a Cristiano. Wzięłam się w końcu za napisanie i wyszło tak jak jest, więc postanowiłam już niczego nie zmieniać. Pozdrawiam i zapraszam na epilog, który pojawi się jutro :*


1 komentarz:

  1. Dziękuje za dedykację!<3
    Dobrze, że Lisie nic sie nie stało, juz sie bałam. Messi chce się oświadczyć, to słodkie. Szkoda, ze konczysz to opowiadanie. Nie moge doczekać sie epilogu i tego co Messi zrobi Ronaldo. Pozdrawiam!;*

    OdpowiedzUsuń